„Zombie” Wojciecha Chmielarza to powieść, która nie pozwala czytać się „na spokojnie”. To książka gęsta od napięcia, niewygodnych pytań i moralnej niejednoznaczności, a jednocześnie boleśnie aktualna. Autor po raz kolejny udowadnia, że kryminał może być czymś więcej niż tylko historią o zbrodni — może stać się ostrym komentarzem do współczesnej rzeczywistości.
Tytułowe „zombie” nie odnoszą się do istot znanych z horrorów. To raczej metafora ludzi funkcjonujących na granicy życia i wyczerpania — emocjonalnego, psychicznego, moralnego. Chmielarz pokazuje świat, w którym granice odpowiedzialności coraz bardziej się rozmywają, a jednostka łatwo staje się trybikiem w bezdusznym systemie. To wizja niepokojąca, bo zaskakująco bliska codzienności.
Fabuła rozwija się dynamicznie, ale autor nie stawia wyłącznie na tempo i sensację. Dużo miejsca poświęca psychologii postaci — ich motywacjom, lękom, frustracjom i wewnętrznym konfliktom. Bohaterowie nie są jednoznaczni: nikt tu nie jest w pełni niewinny ani całkowicie winny. Każda decyzja niesie konsekwencje, a czytelnik zostaje zmuszony do ciągłego oceniania sytuacji i… podważania własnych osądów.
Chmielarz z dużą precyzją buduje atmosferę zagrożenia. Nie straszy brutalnością samą w sobie, lecz napięciem psychicznym, poczuciem osaczenia i narastającą bezsilnością. Im dalej w lekturę, tym silniejsze staje się wrażenie, że bohaterowie — podobnie jak tytułowe „zombie” — działają w świecie, który stopniowo odbiera im podmiotowość i wybór.
Ogromnym atutem powieści jest język: oszczędny, konkretny, momentami surowy. Dialogi są naturalne, a opisy trafnie oddają klimat miejsc i stan emocjonalny postaci. Autor nie tłumaczy wszystkiego wprost, pozostawiając czytelnikowi przestrzeń na własne interpretacje. To sprawia, że książka zostaje w głowie na długo po przeczytaniu ostatniej strony.



